czwartek, 26 kwietnia 2018

XXV Bydgoski Festiwal Operowy -"Naïs" Rameau

Czyżby nieśmiała jaskółka zmian? W poprzednim poście rozpaczałam nad mizerią barokowego repertuaru naszych scen muzycznych, a tu proszę!
Podczas tegorocznej edycji Bydgoskiego Festiwalu Operowego przewidziano aż dwa(!) spektakle barokowe. Każdy z całkiem innej bajki, co należy chyba traktować jak zaletę. Info oczywiście w naszym kalendarium.
Na pierwszy ogień - Jean-Philippe Rameau. Dla tych, którzy mieli okazję obejrzeć Les Indes Galantes dwa lata temu - wiele elementów wydaje się znajomych. Tym razem opera-ballet Naïs francuskiego mistrza zobaczymy w wersji półscenicznej, grać będzie dobrze znane w Bydgoszczy Il Giardino Amore po dyrekcją Stefana Plewniaka, zaśpiewa z pewnością Natalia Kawałek (prywatnie żona dyrygenta), a także Sean Clayton, Erwin Aros, Cecile Achille i David Witczak, a zatańczą uczniowie Szkoły Baletowej w Poznaniu. Spektakl reżyseruje Oliver Lexa, reżyser ze znakomitym dorobkiem, myślę więc, że będzie co podziwiać.
A dla tych, którzy nie mogą 30 kwietnia wybrać się do Bydgoszczy - powtórka 8 maja w Filharmonii Narodowej w Warszawie!


poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Tak się to robi w Wiedniu!

No i masz babo placek! Po przestudiowaniu programu nowego sezonu operowego w Theater an der
Wien przeżyłam prawdziwe załamanie nerwowe. Już we wrześniu premiera Alciny z Marlis Petersen jako czarownicą i Davidem Hansenem jako Ruggierem i koncertowa wersja Gismonda Vinciego z Maxem Emanuelem Cencicem i Juriyem Mynenko oraz... naszą swojską Orkiestrą Historyczną pod kierunkiem Martyny Pastuszki. A to dopiero otwarcie!
Max Emanuel Cencic zaprasza na Gismonda; fot. Anna Hoffmann
Czegóż tam nie ma - w listopadzie Teseo Haendla, w styczniu King Arthur Purcella, w kwietniu Orlando (znów Haendel) - a to tylko wersje sceniczne!
Koncertowo równie ciekawie - po wrześniowym Vincim w październiku Serse z Fagiolim, w grudniu Messiah, w marcu Orlando furioso (znów Cencic, a także m.in. Lezhnieva), a w kwietniu Rinaldo pod Spinosim (m.in. z Mineccim). Obsady jak marzenie, cen na wszelki wypadek nie sprawdzałam - i tak nie da się bywać w Wiedniu (albo jak mówią w Krakowie - we Wiedniu) co miesiąc.
W sercu bunt i gorycz - dlaczego Wiedeń może mieć tyle barokowych premier (cztery na dziewięć scenicznych - trzy Haendlowskie i jedna Vivaldiego), a u nas... Szkoda gadać!
Na pociechę pozostaje nam Bydgoski Festiwal Operowy i tak nadzwyczaj barokowy w tym roku (Rameau i Haendel), spróbuję się tym pocieszyć...
Dla zasobnych i chętnych - szczegółowy program tutaj.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Vivaldi i Carmignola na Zamku

Giuliano Carmignola; mat. prom. WOK
W oczekiwaniu na zaskakująco barokową tegoroczną edycję Bydgoskiego Festiwalu Operowego można w stolicy udzielić się instrumentalnie. W ubiegłym tygodniu Haendel w Filharmonii Narodowej, a w najbliższą niedzielę Vivaldi, czyli Cztery pory roku na Zamku Królewskim. Vivaldi jak Vivaldi - śliczny, efektowny (żeby nie napisać efekciarski) i wart słuchania. Zwłaszcza że wykonanie będzie niezwykłe - solistą tego koncertu będzie Giuliano Carmignola, a klasę tego skrzypka nikomu przedstawiać nie trzeba - samo wymienienie znamienitych orkiestr i dyrygentów, z którymi współpracował, zajęłoby zbyt dużo czasu i miejsca. Nie wspominając o nagrodach, rozmaitych Diapazonach itd. Towarzyszyć mu będzie Cappella Gedanensis.
A ja przypominam niezwykłe zupełnie wykonanie tego hitu Vivaldiego na nieistniejącym już festiwalu Masovia Goes Baroque w 2012 przez Il Tempo Armonico z absolutnie genialnym solistą Davide Montim. Lata mijają, a ja wciąż mam wrażenie, że dotknęłam wówczas dzieła mistrza w jego najczystszej, najautentyczniejszej postaci. Czy Carmignola przykryje to wspomnienie?

czwartek, 12 kwietnia 2018

"Concerti grossi" Haendla w Filharmonii Narodowej

Dziś kolejna odsłona cyklu Po prostu Filharmonia!, a w niej Concerti grossi op. 6 (nr 4-8 i 10)
Georga Friedricha Haendla. Podobno powstały w ekspresowym tempie na sezon artystyczny  1739/40 dla wypełnienia przerw podczas koncertów oratoryjnych w londyńskim Lincoln's inn Fields Theatre.  Bo koncerty organowe znudziły się publiczności. Ot! dla Heandla zwykła muzyczna konfekcja. A przy okazji jedna ze szczytowych form instrumentalnych muzycznego baroku. Jednym słowem - uczta dla ucha!

Orkiestra Kore; fot. mat. prom FN
Concerti grossi Haendla są typowe dla ówczesnej muzyki koncertującej, wzorowane na formach wypracowanych na początku XVIII wieku przez Corellego. Czyli ripeno concertino dialogujące ze sobą, niekiedy rywalizujące, niekiedy współpracujące.
Jak zrealizuje je Orkiestra Kore pod kierunkiem klawesynisty Eduarda Lopeza Banzo? Przekonamy się już dziś!

wtorek, 3 kwietnia 2018

Monumentalny "Samson" Haendla w Krakowie

Samson Haendla w Krakowie; fot. IR
To był prawdziwy dylemat. W niedzielę wielkanocną 1 kwietnia nastąpiła kulminacja pojedynku Actus Humanus vs. Misteria Paschalia - pojedynek na dwa oratoria Haendla. W Gdańsku moje ukochane Il Trionfo del Tempo e del Disinganno - w Krakowie Samson. Ponieważ Il Trionfo... słyszałam już kilkakrotnie, w różnych wykonaniach, także na żywo, postanowiłam wysłuchać Samsona - koncert transmitowała na żywo telewizja Mezzo, więc pewnie będzie okazja posłuchać ponownie, ale możliwość uczestnictwa w tym przedstawieniu wydała mi się niezwykle kusząca.
To jedno z późniejszych oratoriów mistrza - rówieśnik Mesjasza - podobno w czasach Haendla popularnością biło go na głowę. Dzieło ogromne nie tylko ze względu na wielkość aparatu wykonawczego - soliści, chóry, orkiestra - także bardzo długie (240 minut!, w tym tylko dwie krótkie przerwy). Kocham opery Haendla, nieco mniej późne "oratoria z trąbami", ale trąb w Samsonie nie było aż tak wiele, choć oczywiście patos i moralizatorstwa wylewały się ze sceny w hurtowych ilościach. Było też na szczęście całkiem sporo liryzmu, a nawet erotyzmu (kusicielska Dalila!), a także poczucia humoru (chełpliwy Harapha!). W ogóle akt drugi zdecydowanie najlepszy, najbardziej zróżnicowany nastrojowo, najbardziej... operowy! Całość na pewno warta wysiłku i czasu. Więcej szczegółów obsady i wrażeń - tutaj.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Misteria Paschalia: Pasja wg św. Mateusza

Pasja według św. Mateusza to chyba najbardziej monumentalne dzieło Bacha. Jest też niebywale poruszające emocjonalnie, choć niektórzy wolą krótszą i bardziej „skondensowaną” Pasję według św. Jana. Dla mnie jednak Pasja Mateuszowa do dzieło absolutne: wiara i żarliwość religijna, emocje i przeżywanie męki Jezusowej ze wszystkimi budującymi ją szczegółami, a wszystko w najdoskonalszej z możliwych form muzycznych. Jak stwierdził kiedyś zaprzyjaźniony ateusz: Jak się tego słucha, to można w Boga uwierzyć!
Nie jestem znawczynią Bacha, ale miałam szczęście wysłuchać kilku naprawdę dobrych wykonań. Przede wszystkim Pasji, którą na krakowskich Misteriach przedstawił przed kilku laty Marc Minkowski, eksploatującą emocjonalnie w sposób niewyobrażalny i pozostawiającą  zupełnie niepowtarzalne wrażenie, dalej Pasji, którą przed dwoma lata zamykał wrocławski festiwal Eliott Gardiner, chyba bliższą duchowi Bacha, doskonałą, perfekcyjną w każdym calu, przemyślaną i wyważoną w każdym szczególe, także emocjonalnie, po prostu doskonałą.

Pasja wg św. Mateusza na Misteriach Paschaliach 2018; fot. IR
Na tym tle Pasja wg św. Mateusza przygotowana przez zespoły Orchestra i Choir of the Age of Enlightenment, a wykonana 30 marca w sali krakowskiego ICE jawi się całkiem inaczej i znacznie bladziej, niestety. Całość była przygotowana przez Marka Padmore’a, który jednak podczas koncertu przede wszystkim śpiewał, znakomicie zresztą, partię Ewangelisty. Jednak przez taki zabieg – brak żelaznej ręki dyrygenta czuwającego nad precyzją zgrania ogromnego aparatu wykonawczego – dawało się odczuć brak jednej, konsekwentnej myśli przewodniej. Trochę tak, jakby każdy z wykonawców – zarówno orkiestra, jak i chór i grono solistów – wykonywał jakąś swoja Pasję, swoją interpretację Bachowskiego arcydzieła. I nie chodzi mi oczywiście o „zgranie” zespołu, bo było ono całkiem niezłe, choć zdarzyło się kilka miejsc, w których miałam wrażenie, że coś się lekko „rozłazi”, głównie instrumentalnie. Padmore twierdził, że dzięki brakowi dyrygującego, lepiej się nawzajem słuchają i współpracują ze sobą. Pewnie tak jest. Ale nie chodzi mi tu o precyzję zgrania zespołu. W końcu to nie ona jest tak naprawdę najważniejsza. Najważniejsza jest wizja, która spaja całość, którą zgodnie realizują wszyscy uczestniczący w przekazie. I takiej wizji podczas koncertu niestety mi brakowało.
Nawet jeśli poszczególne fragmenty, kolejne elementy były świetne – kilka naprawdę wspaniale wykonanych arii: oczywiście Erbarme dich (piękny, głęboki alt Claudii Huckle), znakomite partie chóralne i chorałowe, świetnie poprowadzona partia Ewangelisty (Mark Padmore) i Jezusa (Roderick Williams), w ogóle poza kilkoma nieudanymi fragmentami całość była wyrównana i trzymała wysoki poziom. I choć pozostał lekki niedosyt, cieszę się, że w ten wielkopiątkowy wieczór mogłam usłyszeć i przeżyć po raz kolejny Bachowskie dzieło, które właściwie w każdym wymiarze – artystycznym, muzycznym, religijnym i duchowym – jest jednym z najważniejszych w naszej kulturze.

poniedziałek, 26 marca 2018

Responsoria wśród mamutów

Graindelavoix w Muzeum Geologicznym w Warszawie 25 marca 2018; fot. IR
Wczorajszy koncert 25 marca, ostatni w cyklu tegorocznych imprez muzycznych w ramach festiwalu Nowe Epifanie, a drugi z występów na tym festiwalu rewelacyjnej grupy Graindelavoix, był niezwykły pod wieloma względami.
Po pierwsze - długość. Tenebrae Responsoria Carla Gesualda da Venosa to program autorski zestawiający responsoria skomponowane przez tego twórcę na trzy dni Wielkiego Tygodnia: Wielki Czwartek, Piątek i Sobotę. Rzadko wykonywany razem, przede wszystkim ze względu na długość. Każdy dzień to ponad godzina śpiewu, krótkie przerwy pomiędzy - koncert trwał blisko cztery godziny! Jaka musi być kondycja wykonawców - śpiewających przez cały ten czas a capella? Trudno sobie wyobrazić...
Po drugie - kompozytor. Gesualdo to postać niezwykła pod każdym względem. XVII-wieczny arystokrata z książęcym tytułem, niebywale uzdolniony muzycznie - lutnista i kompozytor, a do tego człowiek psychicznie niezrównoważony, morderca, który zabił przyłapanych in flagranti żonę i jej kochanka, a zwłoki wystawił na widok publiczny, zmarł w odosobnieniu, pogrążony w szaleństwie. Ta nadmiernie emocjonalna osobowość znalazła odbicie w tworzonej przez Gesualda muzyce, głównie motetach, a zwłaszcza responsoriach. Cechują je rozbuchane emocje, dziwna, oryginalna chromatyka, skoki melodyczne, dysonanse, słowem cały arsenał środków muzycznych w niezwykle skoncentrowanej formie, wyrażający silne emocje twórcy i wzbudzających silne emocje odbiorcy. Powstało dzieło miejscami tak niezwykłe, że - jak twierdzą znawcy - zbliża się niemal do muzyki atonalnej!
Po trzecie - wykonawcy. Graindelavoix to niewątpliwie czołówka muzyków śpiewających muzykę dawną, głównie renesansową, znana z oryginalnego brzmienia, charakteryzującego się wyraźną bizantyjską, a nawet bliskowschodnią nutą (co było szczególnie dobrze słyszalne tydzień temu podczas Nieszporów cypryjskich). Ich interpretacje bywają kontrowersyjne i budzą opór muzykologicznych purystów, ale niewątpliwie w emocjonalną muzykę Gesualda trafiają rewelacyjnie. W końcu kilkugodzinna polifonia mogłaby się stać monotonna i nudna, a śpiewakom z Graindelavoix udało się nie tylko przykuć uwagę słuchaczy, ale wręcz ich "zaczarować" - możecie nie wierzyć, ale mogłabym ich słuchać kolejne trzy godziny! Wielka w tym zasługa prowadzącego zespół Bjorna Schmelzera - muzykologa, antropologa i wizjonera (nota bene wyglądającego raczej jak szwedzki fan black matalu albo wardruny), który w niesamowitym skupieniu prowadził wykonawców, panując nad każdym dźwiękiem.
Po czwarte wreszcie - miejsce. Pierwszy raz słuchałam muzyki w Muzeum Geologicznym. Pomijając oryginalny entourage - szkielety mamutów i nosorożców oraz liczne gabloty ze skamielinami i głazami - wnętrze ma bardzo ciekawą akustykę. Siedziałam blisko, ale podobno odbiór był równie dobry na dalszych miejscach, a także na balkonach wokół głównej sali. Muzycy śpiewali w kręgu, przesuwając się zresztą co jakiś czas przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, dzięki czemu można było usłyszeć rozmaite układy głosów w przestrzeni.
Podsumowując - wieczór niezwykły i niezapomniany. Następna okazja - już wkrótce.
Ggraindelavoix wystąpi na tegorocznej Wratislavii!


niedziela, 18 marca 2018

Nieszpory cypryjskie - Graindevaloix

Graindelavoix; fot. IR
Pierwszy koncert formacji Graindelavoix na festiwalu Nowe Epifanie odbył się dziś w kościele ewangelicko-reformowanym. Zgodnie z zapowiedzią był to program muzyki późnego średniowiecza z odnalezionego przed kilku laty tzw. "Codex Turin J.II.9" z kompozycjami zapoznanego twórcy Jeana Hanelle. Kodeks mieści - bagatela - 334 utwory tego autora i z nich to właśnie prowadzący zespół Bjorn Schmelzer ułożył program nazwany Nieszporami cypryjskimi. Polifonia piękna, niekiedy o wyraźnie wschodnim, biznatyjsko-maronickim charakterze, a nawet z posmakiem arabskim.
Graindelavoix okrzyknięty jakiś czas temu rewelacją - rzeczywiście świetny, śpiewają ciekawie, wyraźnie inaczej niż znani mi i słyszani dotąd wykonawcy motetowo-madrygałowi. Czy to sposób interpretacji tej konkretnie muzyki, czy też ich indywidualna maniera - przekonam się zapewne za tydzień podczas Ciemnych jutrzni Gesualda. Koncert udany, choć ścisk w kościelnych ławkach nieco przeszkadzał w odbiorze.

środa, 14 marca 2018

Marzec koncertowy

Marzec to czas takiej obfitości koncertów, że niezbędna staje się sztuka rezygnacji - chyba że z
aktywności wyłączy nas grypa...
Kulminacja oczywiście w ostatnim tygodniu - pojedynek Misteria Paschalia vs. Actus Humanus.
Ale i wcześniej aż roi się od ciekawych propozycji.
W ostatni piątek 9.03 w Collegium Nobilium premiera Il Trespolo Tutore Stradelli przygotowana jako spektakl dyplomowy Uniwersytetu Muzycznego. Spektakli będzie kilka - warto sprawdzić w kalendarium.
W piątek 16.03 Bachowska Pasja Mateuszowa w kościele Świętego Krzyża - realizacja WOK. W niedzielę 18.03 za to w Katowicach Pasja wg św. Jana w znakomitym wykonaniu - pod dyr. Philippe'a Herreweghe!
W niedzielę również pierwszy z koncertów Graindelavoix - rewelacji ubiegłorocznego Actusa. W ramach festiwalu Nowe Epifanie wystąpią w Warszawie dwa razy. Na pierwszy ogień Nieszpory cypryjskie, co brzmi jak rozgrzewka przed planowanymi na niedzielę 25.03 Ciemnymi Jutrzniami Gesualda - koncert, bagatela, 240 minut! Będzie się działo!
A w WOK w przyszły weekend Imeneo Haendla - tylko dwa spektakle!
O pomniejszych koncertach nie wspomnę, ale co się dało wpisać do kalendarium - jest wpisane.
Wkrótce info o Festiwalu Operowym w Bydgoszczy (tym razem dwa spektakle barokowe!) i o Wratislavii.

środa, 21 lutego 2018

"Nędza uszczęśliwiona" w Tatrze Królewskim

Obowiązkowy happy end w finale; fot. IR
W najbliższy weekend czeka nas kolejna premiera Polskiej Opery Królewskiej z cyklu świętującego 100-lecie niepodległości, a więc stricte polskiego. Tym razem będzie to Nędza uszczęśliwiona Macieja Kamieńskiego uchodząca przez lata za pierwszą polską operę (swoją drogą to ciekawe, że pierwszą polską operę stworzył Słowak...). Premiery zaplanowano na 23 i 25 lutego, ja miałam okazję uczestniczyć w próbie generalnej we wtorek, 20 lutego.
Nie wnikając w to, czy Nędza jest nadal pierwszą polską operą, czy Polowanie na zająca ją zdetronizowało, jest to niewątpliwie błahy, acz miły kawałek muzyczny. To krótka dwuaktowa opera buffa, nawiązująca formą do włoskich intermezzi, zabawna, z mówionymi recytatywami i krótkimi ariami accompaniato. Libretto napisał do niej Wojciech Bogusławski, ojciec polskiego teatru, w 1778 jeszcze młodzieniec, przerabiając sztukę Franciszka Bohomolca.
Sztuka opisuje konkury do reki pięknej Kasi, do których przystępują ubogi Antek i zasobny Jan. Matka popiera bogatego apsztyfikanta, jednak serce Kasi skłania się ku Antkowi. Młodzieniec szuka pomocy na dworze swego pana i otrzymuje odeń wsparcie, dzięki któremu zdobywa ukochaną. Peany na część "dobrego pana" nie mają końca.
Reżyser Jarosław Kilian celnie wydobył ze sztuki jej potencjał komiczny, gra aktorska, kostiumy i scenografia również go podkreślają.
Muzyka Kamieńskiego brzmiała we wnętrzu Teatru Stanisławowskiego uroczo. Jest to zresztą całkiem zgrabny kawałek muzyczny, począwszy od pięknej uwertury, przez melodyjne, wpadające w ucho arie. Zespół pod kierunkiem Tadeusza Karolaka radził sobie z warstwą muzyczną bez zarzutu.
Trochę gorzej było z głosami. Śpiewający Antka tenor Sylwester Smulczyński był ledwo słyszalny, lepiej brzmiał baryton Piotra Kędziory jako groteskowego Jana. Najsłabiej wypadły soprany: nieco lepiej Małgorzata Grzegorzewicz-Rodek jako matka, gorzej Agnieszka Kozłowska jako Kasia - jej blaszany głos brzmiał fałszywie i ostro w górnych rejestrach. Strona wokalna spektaklu to zdecydowania najsłabszy punkt programu - mam nadzieję, że druga obsada spisze się lepiej.
W sumie mimo obaw, z którymi zmierzałam do Łazienek, wieczór był udany. A opera Kamieńskiego to nie tylko muzealny relikt, ale kawał całkiem dobrej muzyki, wart przypomnienia.



wtorek, 20 lutego 2018

"Armide" Haydna w Filharmonii Narodowej

To był pierwszy w tym sezonie koncert tzw. muzyki dawnej w Filharmonii Narodowej (drugi zapowiedziano na maj), choć repertuar historyczny pojawia się też podczas innych projektów (vide Po prostu... Filharmonia! poniżej). Jednak w porównaniu z tym, co proponują inne muzyczne instytucje (np. NOSPR), pozostaje ogromy niedosyt!
Choć marzyłabym o baroku, jednak opera Haydna to na tyle rzadki przysmak, że z zainteresowaniem pospieszyłam do filharmonii, gdzie 19 lutego wystawiono Armide Josepha Haydna w wersji koncertowej.
Opery Haydna, w przeciwieństwie do oratoriów, grywa się rzadko - w Polsce chyba wcale - przyznam szczerze, że nie miałam możliwości zetknąć się z nimi do tej pory. A jak się przekonałam - warto! Temat dzieła co prawda oklepany do niemożliwości: wątki z Jerozolimy wyzwolonej Tassa, czyli historia trudnej 'relacji' czarodziejki Armidy i krzyżowca Rinalda, temat chyba ponad czterdziestu oper, w tym tak genialnych jak Rinaldo Haendla. Opera konwencjonalna, bez spektakularnych i oryginalnych rozwiązań, ale muzyka niezwykle piękna, a wykonanie po prostu modelowe!

Kammerorchester Basel; fot. mat. pras. NOSPR
Zacznijmy od orkiestry. Kammerochester Basel to światowego formatu orkiestra, grająca cudownie i perfekcyjnie. a pod ręką Rene Jacobsa - chyba w szczytowej formie. Jeszcze nie słyszałam tak granego Haydna - lekko, niemal po mozartowsku (uwertura!), pięknym, pełnym dźwiękiem o niezwykle miękkiej barwie. Co prawda jestem przyzwyczajona do orkiestr grających na instrumentach historycznych, ale klasa tego wykonania z nawiązką nagradzała odmienność barwy dźwięku współczesnych instrumentów.
Przyjęto formułę wersji pół-scenicznej (trochę podobną do tej, którą przyjął Gardiner w przedstawieniu Powrotu Ulissesa na ubiegłorocznej Wratislavii). Czyli bez scenografii, bez kostiumów, ale w ruchem scenicznym - chwilami nawet trochę nadmiernym. Grono solistów świetne i bardzo wyrównane: Armida - Brigitte Christensen - piękny, dramatyczny sopran, Rinaldo - Thomas Walker - tenor, z dużą ekspresją oddający rozterki głównego bohatera, miejscami zbyt lekki (kiedy śpiewał w tyle sceny, za orkiestrą, słabo było go słychać), Ubaldo - Anicio Zorzi Giustiniani - świetny, głęboki głos, wykonawca dużego formatu, Clotarco - Magnus Staveland - znakomity tenor, głos już w Polsce znany (z Opera Rara), Idreno - Riccardo Navaro, ciepły, sugestywny baryton, i wreszcie Robin Johannsen, druga z sopranistek, śpiewająca partię Zelmiry - jedyna rozczarowująca, głos zbyt lekki, bez siły dramatycznej, z innej bajki.
Do recitativo secco przygrywał na pianoforte Sebastian Wienand i przyznam, że to mi zupełnie nie pasowało, zwłaszcza że chwilami wygrywał dziwne rzeczy. Recitativo accompaniato natomiast - przepiękne, bogate muzycznie i dramatycznie. Do tego znakomite arie i pełne dramatycznej ekspresji - duet na koniec pierwszego aktu i tercet na koniec drugiego - w końcu Haydn był mistrzem malowania nastrojów, co udowadnia wielokrotnie, np. w swoich słynnych oratoriach.
Podsumowując - nadzwyczajnie udany wieczór, pełen wspaniałych wrażeń muzycznych, repertuar oryginalny, wykonanie znakomite. Dwie i pół godziny muzycznej uczty!
I tylko żal, że takiej muzyki w FN jak na lekarstwo, bilety horrendalnie drogie (jedna trzecia sali pusta), a obsługa skupia się głównie na tropieniu widzów, którzy próbują zrobić pamiątkowe zdjęcie podczas owacji (!). Kwiatów na koniec nie było. Oszczędzamy?

czwartek, 15 lutego 2018

Mauillon & consortes

Biffi i Mauillon;
fot. alain genuys/centre de musique medievele de paris
Dwa wieczory z muzyką średniowieczną za nami.
13 lutego Marc Mauillon śpiewał a capella - muzykę głównie średniowieczną (od VIII do XV wieku), przeplatając ją utworami XX-wiecznymi. Zestawienie wydawało się ryzykowne. Utwory średniowieczne wykonywał artysta tradycyjnie, swoim pięknym głosem o zadziwiającej rozpiętości (tenor? baryton?). Natomiast we współczesnych, mocno awangardowych (m.in. kompozycje Philippe'a Leroux czy Meredith Monk), operował głosem w sposób zupełnie nieprawdopodobny, traktując go jak posłuszny instrument, zdolny do tworzenia oryginalnej, zaskakującej faktury dźwięków. Dzięki takim kontrastom koncert był dynamiczny i przykuwający. Powstało zwarte widowisko - swoisty monodram. Owacja była w pełni zasłużona.
Wczoraj, 14 lutego repertuar był już jednorodny, obejmował utwory Guillaume'a de Machaut. Mauillonowi towarzyszyła na harfie Angelique Mauillon i na fideli VivaBiancaLuna Biffi oraz flecista i autor tego widowiska - Pierre Hamon. Pięknemu głosowi Mauillona towarzyszył tym razem nieco piskliwy głos Biffi, niekiedy wtórowali też pozostali. Całość jednak, zwłaszcza druga część, była nieznośnie monotonna, choć do wykonania nie sposób się przyczepić. Może Hamon powinien był inaczej ułożyć ten program?
A tym czasem w Warszawskiej Operze Kameralnej Mozartowska Łaskawość Tytusa. Niestety, nie dam rady, liczę na powtórkę...

poniedziałek, 12 lutego 2018

Dwa wieczory z Mauillonem

Marc Mauillon, fot. mat. prom. FN
W swoim cyklu Po prostu... Filharmonia! stołeczna instytucja muzyczna promuje od początku wydarzenia kameralne, mniej spektakularne niż - dajmy na to - opery, ale często bardzo ciekawe. Tak jest z twórczością Marca Mauillona, francuskiego tenora specjalizującego się w muzyce dawnej, przede wszystkim średniowiecznej.
Na deskach Filharmonii Narodowej zaśpiewa nie po raz pierwszy. W ubiegłym sezonie "dostał" dwa wieczory, tak samo będzie i tym razem.
Pierwszy wieczór już jutro, 13 lutego. Mauillon zaśpiewa solo, a capella,  muzykę średniowieczną mniej więcej (jak wynika z programu) od VIII do XV wieku.
A pojutrze 14 lutego koncert poświęcony w całości twórczości Guillame'a de Machaut. Mauillonowi tym razem będzie towarzyszyło trio instrumentalistów, w tym jego żona harfistka Angelique Mauillon, a także moja ulubienica VivaBiancaLuna Biffi (uwielbiam ją przede wszystkim za to odlotowe imię!).
Głos przepiękny, interpretacje liryczne i głębokie. To będą piękne wieczory!

sobota, 3 lutego 2018

Muzyczny teatr Marca Beasley

Marco Beasley i {oh!} Orkiestra Historyczna w NOSPR; fot. IR
2 lutego katowicki NOSPR przedstawił kolejny z koncertów muzyki dawnej w tym sezonie. To był z pewnością jeden z najdziwniejszych koncertów, w jakich miałam okazję uczestniczyć.
W pierwszej części {oh!} Orkiestra Historyczna wykonała szereg utworów Adama Jarzębskiego ze zbioru Canzoni e Concerti z 1627 roku - w możliwie atrakcyjnej formie, z podziałem na kilka składów, wykonujących kolejne utwory na zmianę, to przeplatających się, to dialogujących ze sobą. Jednak tak część instrumentalna w blisko półtoragodzinnej dawce była dość monotonna.
Po przerwie usłyszeliśmy natomiast krótki madrygał Claudia Monteverdiego z ósmej księgi zatytułowany Combattimento di Tancredi e Clorinda z 1624 roku.
Utwór opowiada tragiczną historię opisaną w "Jerozolimie wyzwolonej" przez Torquata Tassa. Tankred, bohaterski krzyżowiec, zakochuje się w pięknej Saracence Kloryndzie, Jednak podczas nocnej walki zabija ją w pojedynku, nieświadom, z kim walczy. Śmiertelnie ranna wojowniczka odkrywa oblicze i umiera w ramionach ukochanego, ku jego rozpaczy.
Utwór jest krótki i występują w nim trzy postacie: Narrator i dwójka bohaterów -Tankred i Klorynda. Wykonywany jest rzadko, ale udało mi się już go wysłuchać niespełna trzy lata tamu w warszawskim Studio Lutosławskiego w wykonaniu artystów z ówczesnej Warszawskiej Opery Kameralnej (szczegóły obsady tutaj). Brzmiał ładnie, ale niczym szczególnym się wówczas nie zachwyciłam.
Tym razem wybrani instrumentaliści {oh!} Orkiestry towarzyszyli zaledwie jednemu soliście, ale za to jakiemu! W trzy rolę rozpisane w madrygale wcielił się Marco Beasley. Słuchałam i patrzyłam z coraz większym zdumieniem. Przed naszymi oczami został odegrany cały teatr! Z drewnianą laską symbolizującą rycerski miecz włoski tenor opowiedział i przedstawił cała historię z niebywałą ekspresją i dramatyzmem. Odegrał wszystkie trzy role, skupiając uwagę publiczności, która śledziła opowieść niemal wstrzymując oddech. Orkiestra ilustrowała muzycznie ten teatr z doskonałą precyzją, idealnie zgrana z solistą, zmieniając tempo, wytrzymując pauzy i stapiając się niemal w jedno z głosem śpiewaka (widać, że nie marnowali czasu na próbach - tym bardziej żałuję, że nie mogłam w nich uczestniczyć, z pewnością było co obserwować!). Całość robiła niesamowite wrażenie!
Jedyny zarzut, jaki mogę postawić, to ten, że druga część koncertu była tak krótka - zetknęliśmy się ze sztuką niezwykłą, niebanalną i robiącą niezapomniane wrażenie. Niestety - krótko. Wychodziliśmy z NOSPR oczarowani i... rozczarowani, z ogromnym poczuciem niedosytu.
Proszę więcej!

piątek, 2 lutego 2018

{oh!} Orkiestra Historyczna i Beasley w NOSPR

Marco Beasley; fot. Magdalena Hałas Photopgraphy
Po otwartych próbach w Domu Oświatowym Biblioteki Śląskiej dziś koncert w sali Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach - {oh!} Orkiestra Historyczna i Marco Beasley. W programie pierwszej części Adam Jastrzębowski Canzoni i Concerti, w drugiej -  Monteverdi i Combattimento di Tancredi e Clorinda.
Monteverdiego Beasley śpiewa znakomicie (teraz możecie zgadnąć, skąd taki własnie tytuł tego bloga...) Lecz tym razem przedsięwzięcie wydaje się dość karkołomne: wszystkie trzy role - czyli Tancreda, Clorindy i narratora - zaśpiewa... sam Beasley. Nie wątpię, że da radę, ale jak to rozwiąże, bardzo jestem ciekawa.
{oh!} Orkiestry Historycznej jeszcze na żywo nie słyszałam i ogromnie jestem jej ciekawa. Zwłaszcza, że jest formacją nader aktywną i coraz silniej akcentuje swoja obecność na scenach muzycznych, nie tylko polskich zresztą.
Tak czy owak uczta dla fanów Marca i Monteverdiego - zapewniona!

środa, 24 stycznia 2018

"Alexander i Apelles" Kurpińskiego w Łazienkach

Trójka solistów z projekcją w tle; fot. IR
Trzeba przyznać, że Polska Opera Królewska imponuje aktywnością. 100-lecie odzyskania
niepodległości postanowiła uczcić przypomnieniem zapoznanych dzieł polskich kompozytorów, a pierwszą premierą tego cyklu będzie zapowiadana na 26 i 27 stycznia opera Karola Kurpińskiego "Alexander i Apelles".
Jednoaktówka miała swoją prapremierę w Warszawie 17 marca 1815 roku. Grywano ją sporadycznie, w końcu uznano za zaginioną, jednak została odnaleziona współcześnie przez Wojciecha Czemplika, dyrektora festiwalu Musica Sacromontana, i opracowana przez Macieja Bolewskiego. W ubiegłym roku operę w reżyserii Ryszarda Peryta przypomniano w Kaliszu, natomiast pełną inscenizację można było dziś zobaczyć podczas premiery prasowej  na scenie Teatru Królewskiego w Łazienkach.
Orkiestrę w niewielkim składzie prowadził Zbigniew Graca. W operze są zaledwie trzy partie solowe: Alexandra śpiewał Robert Gierlach (zmieniał go będzie Robert Szpręgiel), Apellesa - Tomasz Krzysica (zamiennie Leszek Świdziński), Pankrastę - Tatiana Hempel-Gierlach (zamiennie Marta Wyłomańska). Kostiumy i rekwizyty przygotowała Marlena Skoneczko, scenografia ograniczała się do projekcji w tle, taboretu i barokowej sztalugi.
Treść mało wyszukana: w prologu Apelles wygłasza długą mowę pochwalną na cześć Alexandra, cesarz przyprowadza doń piękną Pankrastę, by malarz stworzył jej portret, ten waha się, jak przedstawić jej urodę i sam się w niej zakochuje, a Aleksander oddaje mu swoją brankę. W finale chór sławi łaskę władcy. Jednym słowem władza dobra i łaskawa jest.
Odnotowuję to wszystko bardziej z obowiązku niż entuzjazmu, uważam bowiem operę Kurpińskiego za dzieło słusznie zapomniane. Warstwa muzyczna miejscami bywa nawet interesująca, najciekawiej wypadła nieco przydługa uwertura. Libretto Ludwika Adama Dmuszewskiego trąci jednak nieznośną manierą, a patetyczne recytacje brzmią nieco groteskowo. Arie przeciętne, wykonane zostały przez solistów poprawnie, choć nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że bez przekonania. Najlepiej brzmiał tercet.
Dzieło Kurpińskiego ma niewątpliwie wartość muzealną, można je nawet uznać za cenny zabytek, choć chyba celniejszym słowem byłaby po prostu ramota. Ktoś z publiczności trafnie spuentował dzieło słowami Kisiela: Dobre, bo krótkie.

sobota, 20 stycznia 2018

Oratorium Haendla w TVP Kultura

Scena z inscenizacji oratorium Il Trionfo... w Aix; zdj. ze str. festiwalu
To jedna z rzeczy absolutnie zadziwiających - w naszej polskiej telewizji na kanale TVP Kultura zapowiedziano odtworzenie 21 stycznia o godzinie 14.25 nagrania Il Trionfo del Tempo e del Disinganno Georga Friedricha Haendla, które miało premierę na festiwalu w Aix-en-Provance w lipcu 2016 roku. Orkiestrę Le Concert d'Astree prowadziła Emmanuelle Haim, a wśród solistów znalazł się m.in. Franco Fagioli w roli Piacere.
To wczesne oratorium mistrza z 1707 roku, kameralne i - wydawałoby się - zupełnie nietatralne, raczej moralitet, w którym nieubłagany czas ukazuje nam złudę piękna cielesnego i wyższość duchowego. Wyreżyserowanie tego dzieła, w którym brak jakiejkolwiek akcji scenicznej, powierzono Krzysztofowi Warlikowskiemu, a on tę akcję całkiem udatnie wymyślił. Inscenizacja była dostępna na culturboxie, ale dolce-tormento miało to szczęście, że zaprzyjaźniona uczestniczka festiwalowych wydarzeń, obecna na tym przedstawieniu, napisała szczegółową relację, dostępną tutaj. Rzadko mamy okazję zaprosić do TVP, ale tym razem robimy to z zapałem!


Opera Rara, Monteverdi i Kurpiński

Festiwal Opera Rara wystartował w zmienionej formule. Oper barokowych jak na lekarstwo, ale w niedzielę 21 stycznia w Teatrze Słowackiego Zstąpienie Orfeusza do piekieł Marc-Antoine'a Charpentiera w interpretacji Ensemble Desmarest pod dyr. Ronana Khalila, a wśród solistów m.in. Cyril Auvity i Celine Scheen.
Tymczasem czekam na kolejny koncert w katowickim NOSPR. Wystąpi {oh!} Orkiestra Historyczna z programem w pierwszej części polskim (Adam Jastrzębski), w drugiej Combattimento di Tancredi e Clorinda Monteverdiego z Marco Beasleyem we wszystkich śpiewanych rolach. Jego ciepły tenor to jeden z tych głosów, które lubię ogromnie, nie mogłabym sobie darować takiej okazji. Dla mieszkańców Katowic dodatkowa atrakcja - możliwość uczestnictwa w próbach już trzy dni przed koncertem!
A tymczasem Polska Opera Królewska przygotowuje w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach kolejną premierę - tym razem dzieło polskie: jednoaktówka Karola Kurpińskiego Aleksander i Apelles z 1815 roku. Premiera prasowa w środę 24 stycznia. Jako żywo barok to nie jest, ale ponieważ Kurpińskiego na scenach widuje się rzadko, chyba się skuszę.

niedziela, 14 stycznia 2018

Acis and Galatea, czyli piękna muzyka i niepiękne refleksje

Acis and Galatea w NOSPR 12.01.2018; fot. IR
Kolejna (abonamentowa) odsłona dawnej muzyki w NOSPR, czyli serenata Acis and Galatea (a może raczej opera pastoralna bądź maska?) Georga Friedricha Haendla przedstawiona 12 stycznia to niestety krótka (zaledwie 80 min.) przyjemność dla miłośników tego kompozytora. Wobec trzy-, a nierzadko czterogodzinnych oper to jak mgnienie oka, choć mgnienie bardzo miłe.
Gabrieli Consort & Players pod wodzą Paula McCreesha to formacja świetna, a lekkość, z jaką wykonują Haendla, jest niebywała. Miałam chwilami wrażenie, że to Vivaldi!
Po wykonanej w zupełnie zawrotnym tempie uwerturze, na scenę wkroczyła grupa pięciu solistów, która wespół tworzyła chór. Nazwiska były mi niestety nieznane, ale do żadnej ze śpiewających osób nie mogę zgłaszać zastrzeżeń. Oba akty wykonano bez przerwy, mogliśmy więc przez całe półtorej godziny pozostać w urzekającym Haendlowskim świecie.
W którym jednak, jak to czasem bywa, rodzą się także całkiem niemiłe, choć pozamuzyczne refleksje. A zainteresowanych jakie, odesłać muszę do bardziej szczegółowej relacji tutaj.


czwartek, 11 stycznia 2018

Haendel w NOSPR

Znakomita sala koncertowa NOSPR w Katowicach; fot. IR
Już jutro, 12 stycznia, w sali koncertowej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach jednoaktowa serenata Georga Friedricha Haendla Acis i Galatea. Z takim programem przyjeżdża do Katowic nie byle kto, bo Paul McCreesh i jego Gabrieli Consort & Pleyers. Dawno temu słuchałam tej serenaty w Studio Lutosławskiego w wykonaniu artystów z Warszawskiej Opery Kameralnej (ówczesnej!), było tak sobie.
Co do jutrzejszego koncertu - wielkie nadzieje!